Philips Hue Go w praktyce: przenośna lampa, która robi klimat

Philips Hue Go

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak zacząć przygodę z inteligentnym oświetleniem Philips Hue: od żarówek, przez Bridge, po pierwsze sceny świetlne. System od tamtej pory pracuje u mnie codziennie, więc naturalnie zaczął się rozrastać. Ten wpis to jego dalszy ciąg, w którym dokładam nowe urządzenie. Tym razem jest to Philips Hue Go, lampka stołowa w cenie około 320 zł. Jest ładna, praktyczna i ma cechę, której brakowało mi w całym zestawie: da się ją zabrać ze sobą.

 

Dlaczego akurat Philips Hue Go?

Żarówki, o których pisałem wcześniej, kręcą się w oprawach na stałe. Hue Go jest inna. Nie trzeba niczego dokręcać, wystarczy postawić ją tam, gdzie akurat potrzebujemy światła.

Największą zaletą jest to, że działa zarówno na kablu, jak i na baterii. W domu podpinam ją do zasilania, a gdy chcę ją przenieść, po prostu odłączam kabel. Producent deklaruje, że na jednym ładowaniu lampa świeci od 2,5 godziny do nawet 18 godzin, zależnie od wybranych ustawień, a najdłużej w trybie ciepłego światła świecy. To oczywiście rozstrzał, bo pełna jasność i intensywne kolory zjadają baterię szybciej. W praktyce wystarcza jednak z zapasem na wieczór i nie muszę co chwilę pilnować, czy lampa się nie wyładuje.

Sam sprzęt jest do tego zwyczajnie ładny. Nie wygląda jak gadżet, tylko jak element wystroju, który spokojnie może stać na widoku.

Na obudowie jest też fizyczny przycisk, dzięki któremu nie muszę sięgać po telefon. Pojedyncze naciśnięcie przełącza gotowe aranżacje świetlne, takie jak Niedzielna kawa czy Zaczarowany las. Żeby zmienić kolor, trzeba nacisnąć przycisk dwa razy i za drugim razem przytrzymać. Przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy lampa stoi na balkonie, a telefon leży w salonie.

 

Serce systemu: Hue Go w ekosystemie

Największy sens Hue Go pokazuje się dopiero w połączeniu z tym, co już stoi w domu. Lampa działa w tym samym systemie, który budowałem w poprzednim wpisie, więc wchodzi do istniejących scen, jest sterowana z tej samej aplikacji i reaguje razem z resztą oświetlenia.

Dzięki temu Hue Go nie jest osobną zabawką. Zmieniam scenę w salonie, a ona zmienia się razem z żarówkami. Jeśli dopiero zaczynasz, warto najpierw przejrzeć pierwszą część, bo tam opisuję podstawy, na których opiera się cała reszta.

 

Kształtowanie przestrzeni: balkon, salon, wieczór

Tutaj Hue Go pokazuje, po co w ogóle istnieje. Największym plusem okazał się balkon. Teraz ciemno robi się coraz szybciej, więc zamiast zapalać ostre górne światło, wziąłem lampkę, postawiłem ją na stoliku i miałem klimatyczny wieczór bez rozciągania kabli i kombinowania z gniazdkami. Uwaga praktyczna: przy stopniu ochrony IP20 lampa nie jest przeznaczona do deszczu, więc na zewnątrz stawiam ją pod zadaszeniem i przy suchej pogodzie.

W środku sprawdza się równie dobrze. Można postawić ją na półce, biurku albo podłodze i dodać do pomieszczenia akcent kolorystyczny. Ciepła biel robi przytulną atmosferę, a intensywne kolory wypełniają ciemniejsze kąty.

 

Philips Hue Go w fotografii

Hue Go to idealny sprzęt do zdjęć. Można nią dołożyć kolorowe światło do kadru, zbudować cozy nastrój albo podświetlić przedmiot, które fotografujemy. Ponieważ jest przenośna, można ustawić ją dokładnie tam, gdzie potrzebujem, i zmieniam kolor bez schodzenia z planu zdjęciowego.

Lampa robi klimat w domu i jednocześnie pełni funkcję małego, kolorowego oświetlenia do zdjęć. Wszystko łączy się w jedno.

Podsumowanie

Philips Hue Go to bardzo udany dodatek do systemu, który zacząłem budować w pierwszym wpisie o Hue. Kosztuje około 320 zł, wygląda dobrze, jest użyteczna i daje swobodę, której nie mają zwykłe żarówki. Działanie na kablu i baterii to strzał w dziesiątkę, a deklarowane do 18 godzin pracy sprawia, że można jej używać na co dzień, a nie tylko od święta.

Jeśli masz już Hue i zastanawiasz się, co dokupić, Hue Go jest świetnym wyborem, szczególnie jeśli lubisz klimatyczne wieczory na balkonie albo dużo fotografujesz.

Co myślicie o tej lampce?